sobota, 1 września 2012

The Xx - Coexist


The Xx – Coexist

[2012, Young Turks]

6.9

 
Paradoksalnie czasownik „koegzystować” wydaje mi się nieść mniej treści niż bardziej podstawowe „egzystować”. Jakby dwie strony połączone mutualizmem „koegzystowania” rozwadniały swoją „egzystencję” w sobie nawzajem, pozbawiając słowa swojej intensywności i ujmując siły jego znaczeniom. Którymi są… no właśnie. Co nimi jest? Podstawowym rozróżnieniem między tymi dwoma opisami bytowania jest kontekst albo jednostkowy („egzystować”) albo więcej niż jednostkowy („koegzystować”). Treść „egzystowania” jest totalna, a za razem ściśle określona. Słowo w swoim podstawowym znaczeniu oznacza po prostu istnienie, przeciwieństwo niebytu a więc wszystko co jest jakimkolwiek przejawem życia. Tyle, że każde życie przejawia się w pewien sposób bardziej niż w inny, każde ma własna dominantę. Przypomina to trochę paradygmat realizmu o jednocześnie typowych i indywidualnych postaciach.  Myślę, że to dzięki tym właściwościom słowo to zostało tak ochoczo zasocjowane z treściami metafizycznymi czy mówiąc po prostu egzystencjalnymi (w znaczeniu: z dyskursu filozofii egzystencjalizmu, tak właśnie). „Koegzystować” brzmi natomiast totalnie biologicznie. Może kiedy dzielisz z kimś większość przestrzeni (Basic space, heh) życiowej sprawy przyziemne, fizjologiczne stają się ważniejsze? Chyba tak. W każdym razie porannej erekcji we własnym łóżku nigdy nie poświęca się tyle atencji  (dyskomfort, don’t get me wrong, lol) co w cudzym. Neutralne „koegzystowanie” - które w tytule płyty oznacza rozczarowujący brak intensywnych uczuć („we used to be closer than this…”) między naprzemiennymi podmiotami  w całej swojej semantycznej estetyce dobrze opisuje wiele sposobów funkcjonowania albumu w różnych kontekstach.
Po pierwsze, w kontekście płyty poprzedniej. Xx było „egzystowaniem”, było duchowe, było chłodne i intensywniejsze. Coexist nie jest w stosunku do niego rewolucją a ewolucją raczej. Ewolucją, której przebieg jest zdecydowanie gradualistyczny, nie saltacjonistyczny. Jednak ewolucji tej warto poświęcić chwile czasu, tym bardziej, że „co teraz zrobią iksy?” było momentami jednym z ważniejszych pytań dla fanów niezalu. A więc „co iksy zrobiły”? Nie za wiele. Dlaczego? Bo mogli. Bo nie musieli robić zbyt wiele. Kiedy wszyscy straszą wtórnością i brakiem perspektyw dla muzycznych genre The Xx są jednym z wielu przykładów na zbudowany prostymi środkami patent na niepodrabialne brzmienie. Żadnego sprawdzianu drugiej płyty nie było, dlatego, że rozwiązania z debiutu są wciąż na tyle żywotne i przede wszystkim na tyle charakterystyczne, że można nimi zapełnić płytę. Wystarczyło minimalnie przesunąć akcenty.
Tym razem all the credits go to Jamie. I mówiąc all mam na myśli naprawdę wszystkie. Kompozycyjnie płyta o dwie klasy słabsza od debiutu. Niektóre kawałki np. „Reunion” nie mają na swoją obronę nic oprócz „momentów”, a „momenty” zazwyczaj są w ścisłej symbiozie kompozycja-brzmienie. Jamie okazał się być naprawdę pojętnym kotem. „Far Nearer” było niewyobrażalnie nudnym acz przyjemnym trackiem i nie sądzę żeby chłopak miał talent do tworzenia własnych, kompletnych wizji. Ale potrafi z zadziwiającą kreatywnością i praktycznością przyłożyć producenckie narzędzia do materiału swojego zespołu (z resztą skuteczność swojego pragmatycznego podejścia do brzmienia udowodnił przy współpracy z Heronem). Tym razem brzmienia są cieplejsze, bardziej chillwave’owe niż na poprzedniej płycie. Razem z organiczną okładką stanowią kolejne odbicie estetyki „koegzystencji” w tym albumie. Słuchając milutko pulsujących basów poprzykrywanych rozmydlonymi synthami, widzi się niemal delikatne, życiodajne pęcherzyki krążące w ciepłych wodach płodowych, czuje się cudzy oddech na własnym policzku. Ale ten trop byłby zbyt oczywisty. Jamie czerpie też z rozwiązań z zupełnie innej beczki: z minimalu, witch house’u czy nawet dubu. Generalnie czegokolwiek co jest mroczne, brytyjskie i na bicie. Zepchnięte w tył miksu, bezczelnie zreverbowane handclapy albo snapy (can’t tell) z „Try”, czy potraktowane w ten sam sposób werble z „Angles” czy „Tides”, gdzie we wszystkich przypadkach echo dźwięku funkcjonuje na tej samej zasadzie (czyli po prostu głośności), co dźwięk właściwy – to dość odważne zabiegi. (Odważne, bo formuła brzmieniowa debiutu choć stanowiła pewne novum, to trzymała się klasycznej zasady podrzędności wobec kompozycji, która z kolei zadaniem było wyeksponowanie treści, emocji. Na Coexist  producenckie zabiegi wchodzą w kompetencje kompozycji i odbierają jej prawo do treści. Treścią tą staje się raczej budowanie klimatu niż eksploatowanie emocji.) Oprócz tego w tym samym „Try” mamy jeszcze rozedrgane vibrato gitary, jakieś dziwne, elektroniczne, sinusoidalne jęki i przyjemne, syntetyczne, 808owe pykanie. Warto tylko dodać, że następny na płycie Reunion zaczyna się rozkosznymi steel drums (jeśli ktoś jest przyzwyczajony do tego co z tym brzmieniem robi np. Unicorn Kid, to spotka się z miłą odmianą) a w „Our Song” mamy cudowną reversed guitar. Cała ta gama producencko-aranżacyjnych zabiegów sprawia, że album brzmi nowocześnie i mimo trafiających się ówdzie kompozycyjnych potknięć potrafi utrzymać atencję słuchacza. Co prawda, po pierwszych odsłuchach narzekałem, że nie został mi w głowie żaden ciasny, suchy bit w rodzaju „Heart Skipped a Beat”, ale to zarzut bzdurny. Rytmicznej podkładki jest więcej niż na  Xx, tyle że są to zupełnie inne brzmienia, pulsujące, unikające werbla, momentami house’owe.
Wspomniane „Reunion” może być pomocne w scharakteryzowaniu songwritingu na Coexist. Za wiele się w tej materii nie zmieniło. Interwały są cały czas te same, riffy (oszczędnie dawkowane arpeggia głównie) bliźniaczo podobne, no surprises. Ale to wciąż żre. Dlaczego by im odmawiać prawa do kucia żelaza póki gorące? Boli tylko, że popełniają te same błędy. Drażni mnie szalenie rozkawałkowanie utworów, podzielenie ich na mniejsze części, wydzielenie w nich małych wstawek gdzie instrumenty grają zazwyczaj naprzemiennie. To ma na celu chyba uniknięcie monotonii, gdy tym czasem tylko zaburza linearność budowania napięcia w piosenkach i rozprasza. Na „egzystującym” Xx te zabiegi działały bodajże lepiej, ale tamten album nie miał tak laid-back brzmienia. Poza tym, te dziwactwa usprawiedliwione były intensywnością kompozycji. Na Coexist natomiast ta fragmentaryzacja marnuje potencjał spójności albumu. Wszystkie wyciszenia, zwolnienia (koncert w Gdyni pokazał, że kiedy Jamie da kolegom trochę wolnej ręki to ci już zaczynają maltretować swoje kawałki „natchnionymi, pofrazowymi stęknięciami” czy rozwlekaniem ich w nieskończoność) nie wnoszą nic, składowe „koegzystują” ze sobą,  po części się dopełniając, po części też jednak zostając gdzieś obok. W „Reunion” mamy rozwodnioną zwrotkę, trochę daremny i raczej śmieszny hook („Reunion, Reunion”, brzmi jak apel o odbudowanie League Of Shadows), obowiązkowy przystanek przed rozpędzeniem się bitu, a najlepszymi momentami są narastające steel drums w zwrotce i rozpędzający się bit właśnie, czyli momenty w których jakość jest funkcją brzmienia. Komponując muzycy za bardzo się nie napracowali. Produkując pewnie już więcej.
Od strony tekstowej jak jest każdy widzi. Kolejnych 11 piosenek o miłości. Że też oni tak potrafią. Przez niemal cała płytę balansowanie na granicy między banałem, patosem i nastoletnim złamanym sercem, a zgrabnymi miłosnymi deklaracjami, które mogę stać się nowym „sometimes I still need you”. W czasach hossy można wyśmiewać, w dołku można się utożsamiać. Zupełnie jak ze Światłami Miasta Gramatika, heh.
„Koegzystować” wreszcie możemy my sami, razem z tą płytą, obok niej. Z ulgą przyjmuję fakt, że cały album nie jest tak emocjonalnie wymagający/angażujący (wymagający zaangażowania) jak zwiastun w postaci „Angels”;  że nie wymaga od nas „egzystowania” wewnątrz niego, jak Xx. Bo temu fenomenalnemu samograjowi, jakim The Xx są nie warto chyba jednak poświęcać aż tyle. Przedrostek „ko” gwarancją bezpieczeństwa.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz